Znalazła niemowlę przy świeżym grobie, a gdy zobaczyła opaskę na jego rączce, przeczytała imię siostry, która zniknęła bez śladu trzy lata wcześniej

Reflektory rozcięły ciemność i oświetliły ogród.

Mężczyźni stojący przy oknie odwrócili się gwałtownie.

Przed dom podjechał stary, szary polonez.

Drzwi auta otworzyły się i wysiadła z niego kobieta w długim, ciemnym płaszczu. Na głowie miała chustkę mokrą od deszczu.

Marta zastygła.

Serce zaczęło walić jej jak oszalałe.

Kobieta podniosła głowę.

Jan upuścił strzelbę.

— Boże święty… — wydusił.

To była Alicja.

Żywa.

Ale wyglądała przerażająco.

Zapadnięta twarz, wychudzone policzki, zgaszony wzrok. Przez te lata jakby postarzała się o całą dekadę. Pod lewym okiem ciemniała stara blizna.

Mężczyźni na podwórzu natychmiast cofnęli się o krok.

A Alicja powoli podeszła do okna.

— Marta… — powiedziała ochryple. — Nie oddawaj im mojego syna…

Marta poczuła, że nogi się pod nią uginają.

— Ala?.. To naprawdę ty?..

Lecz siostra nagle obejrzała się z lękiem.

Z ciemności drogi prowadzącej od cmentarza wyłoniły się jeszcze dwa samochody.

Wtedy Alicja krzyknęła tak rozpaczliwie, że Marcie krew zastygła w żyłach:

— Znaleźli mnie! Uciekajcie natychmiast!

Rozdział 3. Tajemnica ukrywana przez trzy lata

Jan otworzył drzwi, zanim Marta zdążyła cokolwiek powiedzieć. Do domu wpadł zimny nocny wiatr, niosąc ze sobą zapach mokrej ziemi i cmentarnej wilgoci.

Alicja niemal runęła do środka. Cała się trzęsła i wciąż oglądała się za siebie, jakby była pewna, że ktoś zaraz wejdzie za nią.

— Zamknij drzwi! Szybko! — wyszeptała, łapiąc oddech.

Jan natychmiast przekręcił klucz.

Na zewnątrz słychać już było męskie głosy i trzaskanie drzwiami samochodów.

Marta nie mogła oderwać wzroku od siostry. Stał przed nią tylko cień tamtej wesołej dziewczyny, którą pamiętała. Alicja wyglądała na wycieńczoną, złamaną i śmiertelnie zmęczoną.

Najstraszniejsze były jednak jej oczy.

Mieszkał w nich prawdziwy, zwierzęcy strach.

Niemowlę nagle przestało płakać. Gdy Alicja zobaczyła dziecko w ramionach Marty, jej twarz zadrżała. Ostrożnie podeszła bliżej i przesunęła palcami po małym policzku.

— Mój chłopczyk… — wyszeptała przez łzy. — Boże… żyje…

Marta nie wytrzymała.

— Ala, powiedz wreszcie, co się dzieje?! Gdzie byłaś przez te wszystkie lata?!

Alicja powoli podniosła oczy.

I po raz pierwszy w izbie zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak gałąź jabłoni skrobie o ścianę.

— Trzymali mnie siłą — powiedziała cicho.

Marta pobladła.

— Kto?!

Alicja nerwowo spojrzała w stronę okien.

— Ludzie, którzy pracowali z Grzegorzem.

Jan zacisnął pięści.

— Ale po co?!

Alicja uśmiechnęła się gorzko.

— Bo dowiedziałam się zbyt dużo.

Za oknem przesunął się blask reflektorów. Ktoś znowu chodził po podwórzu.

Kobieta mówiła dalej już znacznie ciszej:

— Pamiętacie stary budynek oddziału położniczego za rzeką? Zamknęli go niby dlatego, że groził zawaleniem… Ale przez cały ten czas działy się tam straszne rzeczy.

Marta zmarszczyła brwi.

— Jakie rzeczy?

Alicja nabrała gwałtownie powietrza.

— Sprzedawali dzieci.

W pokoju jakby nagle zabrakło tlenu.

Jan powoli usiadł na stołku.

— Co?..

— Noworodki trafiały do bogatych ludzi na fałszywych dokumentach. Niektóre matki nawet nie wiedziały, że ich dzieci żyją. Mówiono im, że maleństwa umarły przy porodzie.

Marta poczuła, że robi jej się słabo.

— To niemożliwe…

— Możliwe — odpowiedziała cicho Alicja. — Przypadkiem wszystko usłyszałam. Pracowałam wtedy jako salowa na tym oddziale.

W tej samej chwili znów uderzono w drzwi.

Wszyscy drgnęli.

— Otwierać! — krzyknął mężczyzna z zewnątrz.

Alicja zasłoniła twarz dłońmi.

— Oni nie zostawią nas przy życiu…

Jan gwałtownie wstał.

— Teraz wszystko opowiesz policji.

Alicja uśmiechnęła się z bólem.

— Policji? Jan… połowa z nich kryła ten interes.

Marta spojrzała na dziecko.

— A on?..

Alicja rozpłakała się.

— Kiedy dowiedzieli się, że jestem w ciąży, postanowili zabrać także moje dziecko. Trzymali mnie na starej farmie pod lasem. Przez te wszystkie lata.

— Boże… — wyszeptała Marta.

— Dziś w nocy udało mi się uciec. Zostawiłam synka na cmentarzu, przy grobie mamy… bo wiedziałam, że po zmianie będziesz wracała tamtędy…

Jan spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Obserwowałaś nas?

Alicja bez słowa skinęła głową.

I właśnie wtedy kuchenne okno rozpadło się z ogłuszającym trzaskiem.

Marta krzyknęła.

Na podłogę potoczył się kamień.

Była do niego przywiązana kartka.

Jan podniósł ją drżącymi rękami.

Na skrawku papieru zapisano tylko kilka słów:

„Oddajcie dziecko, a przeżyjecie”.

Rozdział 4. Ostatnia noc strachu

Marta siedziała pod ścianą, mocno tuląc chłopca do piersi. Po wybiciu okna ręce drżały jej tak bardzo, że ledwie była w stanie utrzymać niemowlę. Mały oddychał cicho, jakby nie pojmował, jaki koszmar rozgrywa się wokół niego.

Jan jeszcze raz przeczytał kartkę i powoli przeniósł wzrok na Alicję.

— Jeśli tu zostaniemy, zabiją nas.

Za drzwiami ponownie rozległy się kroki.

Ciężkie.

Niespieszne.

Jakby ludzie na zewnątrz byli już pewni, że ofiara nie ma dokąd uciec.

Alicja nagle podeszła do Jana i chwyciła go za rękę.

— Jest jeden człowiek… On może pomóc.

— Kto?