– Albo twoja mama wyjeżdża, albo się rozstajemy.
– Albo twoja matka się wyprowadza, albo bierzemy rozwód – powiedziałem żonie po jej kolejnym wybryku, czując, że dłużej nie potrafię już milczeć.
– Ile jeszcze mamy czekać? Spóźnimy się! – Katarzyna nerwowo zerkała na zegarek, przestępując z nogi na nogę w przedpokoju.
– Jestem gotowy, poprawię tylko krawat – odezwał się Piotr z sypialni. – Swoją drogą, dawno byśmy już wyszli, gdybyś trzy razy nie zmieniała sukienki.
– Och, tylko nie zaczynaj! – w głosie Katarzyny natychmiast pojawiło się rozdrażnienie. – Chcę wyglądać porządnie na twoim firmowym przyjęciu, a nie jak szara mysz.
Piotr stanął w drzwiach, zaciskając węzeł krawata. Miał czterdzieści pięć lat i wciąż trzymał dobrą formę, choć na skroniach coraz wyraźniej pobłyskiwały srebrne nitki siwizny.
– Zawsze wyglądasz pięknie – powiedział łagodniej. – Zwłaszcza wtedy, kiedy się nie denerwujesz.
Katarzyna już otwierała usta, by coś odpowiedzieć, ale właśnie wtedy z kuchni wyszła jej matka, pani Helena, z filiżanką herbaty w dłoni.
– A wy dokąd tak wystrojeni? – zapytała, mierząc ich uważnym spojrzeniem od stóp do głów.
– Piotr ma dziś spotkanie firmowe, mamo. Mówiłam ci rano – Katarzyna poprawiła kolczyki.
– Ach tak, zapomniałam – pani Helena upiła łyk herbaty. – A czemu tak późno? Już prawie dwudziesta.
– Właśnie dlatego się spieszymy – Piotr starał się mówić spokojnie, choć w środku wszystko zaczynało się w nim gotować. – Kasiu, zamawiamy taksówkę? Czy jadę samochodem?
– Lepiej taksówką, żebyś też mógł się odprężyć – odparła Katarzyna, wyciągając telefon.
– I bardzo dobrze – wtrąciła pani Helena. – Bo z mężczyznami to zawsze tak: pierwsi do kieliszka, a gdy trzeba wziąć odpowiedzialność, chowają głowę w piasek.
Piotr zacisnął zęby i policzył w myślach do dziesięciu. Każde zdanie teściowej brzmiało jak przytyk, nawet wtedy, gdy rozmowa dotyczyła pogody.
– Mamo, proszę – szepnęła Katarzyna, rzucając mężowi przepraszające spojrzenie.
– Dobrze, dobrze, już milczę – pani Helena wróciła do kuchni, ale zostawiła uchylone drzwi, jakby mimo wszystko chciała słyszeć każde ich słowo.
– Taksówka będzie za pięć minut – oznajmiła Katarzyna, chowając telefon do wieczorowej torebki.
– Dobrze – Piotr sięgnął po marynarkę. – Masz klucze?
– Mam, wszystko wzięłam.
Z kuchni znów wyłoniła się teściowa.
– A o której wrócicie? Mam zamykać drzwi na noc?
– Nie zamykaj, mamo. Przecież mamy klucze.
– A jeśli je zgubicie? Albo wypijecie za dużo? – pani Helena spojrzała sceptycznie na zięcia.
– Nie zgubimy kluczy – uciął Piotr. – I znam umiar.
– Wszyscy tak mówicie, a potem…
– Nie siedźcie do późna! – zawołała pani Helena, gdy wychodzili.
W taksówce Katarzyna ścisnęła dłoń męża.
– Przepraszam za mamę. Ona po prostu się martwi.
– Oczywiście – odpowiedział Piotr, patrząc przez okno. Ciemna ulica, światła latarni, spieszący ludzie. Czasem marzył, żeby wtopić się w ten tłum i przez chwilę być wolnym, bez poczucia, że każdy jego krok jest oceniany.
Trzy miesiące wcześniej pani Helena wprowadziła się do nich po śmierci ojca Katarzyny. „Na jakiś czas”, mówiła wtedy Katarzyna, „dopóki mama nie przyzwyczai się do życia bez taty”. Tyle że tymczasowe rozwiązanie szybko stało się codziennością, a ich trzypokojowe mieszkanie na warszawskim osiedlu coraz bardziej przypominało ciasną klatkę.
Firmowe przyjęcie odbywało się w restauracji w centrum Warszawy. Eleganckie wnętrze, muzyka na żywo, współpracownicy w odświętnych ubraniach – wszystko tworzyło atmosferę miłego wieczoru. Piotr stopniowo się rozluźniał, rozmawiając z kolegami z pracy i ich żonami. Katarzyna zachwycała w granatowej sukience, przyciągając spojrzenia i zjednując sobie ludzi swobodą rozmowy.
– Ma pan wspaniałą żonę – powiedział przy barze Marek Wiśniewski, dyrektor firmy. – Prawdziwa dama.
– Dziękuję – odparł Piotr z dumą, patrząc na Katarzynę, która żywo rozmawiała z żoną dyrektora. – Miałem szczęście.
– I od dawna jesteście państwo małżeństwem?
– Piętnaście lat. W kwietniu będzie rocznica.
– No proszę – Marek pokiwał głową z uznaniem. – Piękny staż. A dzieci macie?
– Nie – Piotr pokręcił głową. – Nie wyszło.
To był bolesny temat. Przez lata z Katarzyną próbowali, chodzili po lekarzach, robili badania, podejmowali leczenie. Specjaliści rozkładali ręce: wszystko wyglądało dobrze, trzeba było tylko czekać. A potem Katarzyna uznała, że im we dwoje też może być dobrze.
Wieczór trwał dalej. Piotr wypił dwa kieliszki wina, nie więcej. Zawsze znał miarę, wbrew temu, co lubiła sugerować jego teściowa. Około dwudziestej trzeciej zaczął zbierać się do domu.
– Może jeszcze chwilę zostaniemy? – zaproponowała Katarzyna. – Dopiero zaczęli tańczyć.
– Dobrze, jeszcze pół godziny, a potem jedziemy – zgodził się Piotr. – Jutro i tak trzeba iść do pracy.
Katarzyna uśmiechnęła się i pociągnęła go na parkiet. Przy spokojnej muzyce kołysali się tak, jak kiedyś, dawno temu. Piotr przytulił żonę, poczuł zapach jej perfum i przez moment pomyślał, że może wcale nie jest aż tak źle. No dobrze, teściowa. Wiele rodzin mieszka pod jednym dachem z rodzicami.