— Dziękuję Ci, Boże, że tu dotarłam.
Potem długo stałam przed lustrem. Odbicie wydawało się obce: policzki zaróżowione, oczy błyszczące, włosy wysunęły się z fryzury, ale wyglądały żywo. Uśmiechnęłam się do siebie niepewnie, prawie dziewczęco.
Wieczorem zeszłam nad basen. Woda lśniła pod lampami. Wokół śmiali się obcokrajowcy, ktoś pił koktajl. Zamówiłam sok, usiadłam z boku i po prostu patrzyłam. W środku wszystko drżało od zachwytu i napięcia. Oto ona — życie. Prawdziwe.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Marka: „Jak tam? Wszystko dobrze?”
Długo patrzyłam na ekran, a potem odpisałam: „Tak, jak zwykle. Praca, dom”. I wyłączyłam dźwięk.
Nocą wyszłam na ulicę. Miasto przywitało mnie zapachem przypraw, wilgotnym ciepłem i wielkim księżycem nad wodą. Szłam promenadą obok witryn, w których świeciły złote ozdoby i jedwabne suknie, i myślałam: dobrze zrobiłam. Z każdym krokiem dawne życie odsuwało się dalej. Szare dni, garnki, cisza, rozmowy o niczym — wszystko zostawało gdzieś daleko.
Tutaj nikt nie wiedział, że jestem kucharką. Tutaj byłam po prostu kobietą, przed którą zaczyna się nowe życie.
Nie wiedziałam jeszcze, że tej samej nocy los zaczął już tkać swoją cienką sieć. Na razie po prostu szłam, a dubajski wiatr plątał mi włosy, jakby szeptał:
— Witaj, Katarzyno.
Następnego dnia wszystko wydawało się dalszym ciągiem snu. Słońce wpadało przez okno, jakby wołało: „Wstawaj, twoje życie się zaczyna”. Zeszłam na śniadanie. Szwedzki stół uginał się od jedzenia, pachniało cynamonem, kawą i świeżym pieczywem. Obok siedzieli turyści — młodzi, pewni siebie, głośni. Nikt nie zwracał na mnie uwagi i właśnie dlatego zrobiło mi się lekko. Mogłam być kimkolwiek.
Po śniadaniu poszłam nad morze. Piasek parzył stopy, ale nawet to było przyjemne — jak dowód, że naprawdę tu jestem. Fale miękko napływały na nogi i każda z nich jakby spłukiwała zmęczenie poprzednich lat. Stałam po kolana w wodzie i szeptałam:
— Katarzyno, udało ci się.
Słońce szło coraz wyżej, powietrze gęstniało od upału. Wokół były szczupłe dziewczyny w kostiumach, opaleni mężczyźni, krzyki mew i zapach soli. Czułam się gościem w cudzym raju, ale dziwnie — nie intruzem.
Kiedy wróciłam do hotelu, zobaczyłam wiadomość od córki: „Mamo, gdzie jesteś? Czemu nie dzwonisz?”
Odpisałam: „Odpoczywam, wszystko dobrze” i dodałam uśmiechniętą buźkę. Pierwszą od dawna.
W południe poszłam na targ. Chciałam kupić pamiątki, coś ładnego, co mogłabym przywieźć do domu. Targ szumiał jak żywe serce miasta. Sprzedawcy uśmiechali się, wykrzykiwali ceny, wyciągali ręce. Powietrze było gęste od zapachu wanilii, piżma, owoców i prażonych orzechów.
Chodziłam między stoiskami, oglądałam złote bransoletki i jedwabne chusty. Przy jednym straganie zatrzymałam się dłużej. Bursztynowe kolczyki przypomniały mi młodość.
Sprzedawca był śniady, czarnowłosy, z oczami jak ze starego filmu. Odezwał się po polsku z miękkim akcentem:
— Piękne kolczyki dla pięknej kobiety.
Zmieszałam się.
— Ja tylko patrzę.
— Patrzenie to już początek wyboru — uśmiechnął się.
Mimowolnie się roześmiałam. Przedstawił się:
— Karim. A pani skąd?
— Z północy — odpowiedziałam.
— Zimna ziemia, gorące kobiety — mrugnął.
Policzki mi zapłonęły. Ale w jego słowach nie było grubiaństwa. Była lekka, figlarna uwaga, której nie czułam od lat.
Pokazywał mi ozdoby i opowiadał o każdej tak, jakby przed nim leżały nie kolczyki i bransoletki, lecz małe historie. Głos miał niski, ciepły, otulający.
— Proszę wziąć te kolczyki — powiedział nagle. — Prezent.
— Nie, skąd, nie mogę.
— Może pani. Za uśmiech.
Wzięłam kolczyki. Były lekkie i ciepłe, jakby trzymały w sobie słońce. Podziękowałam i odeszłam, ale długo czułam na sobie jego spojrzenie.
Wieczorem, siedząc na balkonie, trzymałam kolczyki w dłoni i myślałam: „Po co to zrobił? Zwykła uprzejmość? Sztuczka sprzedawcy?”. Ale głęboko we mnie już poruszało się coś niebezpiecznego. Poczucie, że życie znowu patrzy na mnie oczami mężczyzny.
Następnego dnia znów poszłam na targ. Powiedziałam sobie, że po owoce. Ale w głębi duszy wiedziałam: mam nadzieję zobaczyć Karima.
Stał w tym samym miejscu i uśmiechnął się tak, jakby czekał.
— Wróciła pani — powiedział cicho. — Myślałem, że zapomni.
— Nie mogłam — odpowiedziałam i sama przestraszyłam się własnej szczerości.
Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Opowiadał o Dubaju, o pustyni, o ludziach, którzy żyją zupełnie inaczej. Słuchałam jak zaczarowana. Czas zniknął. Kiedy chciałam odejść, powiedział:
— Jutro pokażę pani prawdziwe miasto. Nie turystyczne. Zgadza się pani?
Skinęłam głową, nawet się nie zastanawiając.
Tej nocy długo leżałam bez snu. Księżyc wisiał nad morzem, a myśli krążyły: „Co ja robię? Po co?”. Ale obok strachu była radość. W piersi dźwięczało jak przed burzą. Nie wiedziałam, że ten dźwięk był ostrzeżeniem.
Obudziłam się przed świtem. Powietrze w pokoju było słodkie, jakby nasiąkło solą morza i jaśminem. Serce biło szybko, jakby z góry wiedziało, że ten dzień będzie wyjątkowy. Wczoraj Karim powiedział: „Pokażę ci prawdziwy Dubaj”. Te słowa od rana brzmiały we mnie jak zaklęcie.
