Spodziewał się kłótni. Łez, usprawiedliwień, pretensji, wyrzutów. A usłyszał tylko jedno spokojne słowo. I z jakiegoś powodu nie przyniosło mu ono radości. Przeciwnie, coś w nim drgnęło niespokojnie.
— No i świetnie — wydusił. — Najwyższa pora.
Marta wstała, znów wzięła nóż do ręki i wróciła do krojenia warzyw. Przez resztę wieczoru nie powiedziała już ani słowa. Kiedy Kacper zapłakał w pokoju, podniosła go, zakołysała, pocałowała w ciepłe czoło i pomyślała: „Skoro tak. No dobrze. Skoro tak”.
Cztery dni później Marta oznajmiła:
— Znalazłam pracę. Zaczynam w poniedziałek.
— Gdzie? — Tomasz odłożył telefon.
— W „Przystani”. Pamiętasz, dorabiałam tam przed porodem. Za barem. Od razu zgodzili się mnie przyjąć.
— Chwileczkę. To przecież restauracja. Tam są nocne zmiany?
— Dwa dni pracy, dwa dni wolnego. W tygodniu do pierwszej w nocy, w weekendy do trzeciej.
— Żartujesz sobie? — Tomasz zerwał się z krzesła. — Chcesz stać za barem do trzeciej nad ranem, kiedy nasz syn będzie w domu?
— Chciałeś, żebym pracowała — odpowiedziała równo. — To będę pracować.
— Miałem na myśli normalną pracę! W dzień! Coś przyzwoitego!
— Przyzwoitego, czyli paznokcie w mieszkaniu jak Kasia? Albo torty z wózkiem pod ręką jak żona Bartka? Tomek, to jedyne miejsce, w którym mnie chcą i gdzie zapłacą mi sensownie. Myślałeś, że pójdę rozdawać ulotki przy metrze za grosze?
— Myślałem, że znajdziesz coś… mniej wstydliwego.
— Wstydliwego — Marta parsknęła krótkim, suchym śmiechem. — Tydzień temu byłam leniwa, dzisiaj już przynoszę ci wstyd. Zdecyduj się.
Tomasz zamilkł. Czuł, że rozmowa wymyka mu się spod kontroli. Marta mówiła spokojnie, ale w tym spokoju pojawiło się coś nowego. Nie strach. Nie obraza. Decyzja.
— A kto będzie kładł Kacpra spać?
— W moje zmiany ty. Mama będzie go zabierać w dzień, żebym mogła przespać się przed pracą. Wszystko mam już ułożone.
— Czyli zdecydowałaś za mnie?
— Nie, Tomek. To ty zdecydowałeś za mnie. Ja tylko zrobiłam to, czego zażądałeś.
Pierwsza zmiana Marty okazała się dla Tomasza prawdziwym ciosem. Kacper za nic nie chciał zasnąć bez matki. Krzyczał aż do chrypki, wyginał się, odpychał, zrzucał kocyk. Tomasz nosił go na rękach czterdzieści minut, aż zaczęły palić go ramiona. Potem zmieniał pieluchę, a syn zdążył obsikać mu dłoń. Później podgrzewał kaszkę, której połowa wylądowała na podłodze. O północy siedział w kuchni tak wyczerpany, jakby przez cały wieczór rozładowywał wagony.
Marta wróciła o pierwszej dwadzieścia. Zdjęła kurtkę, zajrzała do pokoju dziecięcego — Kacper spał w poprzek łóżeczka, z jedną nóżką na szczebelku. Poprawiła mu kołderkę i poszła do łazienki. Tomasz stał w korytarzu.
— Jak było?
— Normalnie. Napiwki dobre — odpowiedziała i zamknęła drzwi łazienki.
Po tygodniu Tomasz zadzwonił do Jacka.
— Ona naprawdę pracuje do trzeciej w nocy — jego głos brzmiał, jakby był na granicy sił. — Ja jak jakiś przeklęty: w dzień biuro, wieczorem pieluchy, butelki, płacz bez końca. Mam wrażenie, że teraz mam dwie prace.
— To jej zabroń — rzucił niedbale Jacek. — Jesteś mężem. Powiedz: koniec, zwalniasz się.
— Ja sam ją tam wysłałem, Jacek. Sam.
— I co z tego? Zmieniłeś zdanie. Masz prawo.
— Ty nie rozumiesz. Ona się zmieniła. Już nie pyta. Nie radzi się. Wczoraj przyszła i położyła na stole pieniądze. Swoje. Powiedziała, że od tego miesiąca mamy osobny budżet.
— Osobny budżet?! — Jacek aż gwizdnął.
— Całkowicie zdjęła się z mojego utrzymania. Sama kupuje sobie jedzenie, ubrania, wszystko, czego potrzebuje. I wiesz, co jest najgorsze? Wystarcza jej. Z napiwkami zarabia prawie tyle co ja.
— Słuchaj, no to już…
— To już nie jest rodzina, Jacek. To współlokatorstwo.
Minął miesiąc. Tomasz patrzył, jak Marta szykuje się do pracy. Nowa bluzka, starannie ułożone włosy, cienka bransoletka na nadgarstku — prezent dla samej siebie z pierwszej wypłaty. Poruszała się po mieszkaniu lekko, pewnie, jakby nagle urosła o kilka centymetrów. Jakby odzyskała ciało, twarz i głos, które przez ostatni rok znikały pod zmęczeniem.
— Marta, poczekaj.
— Za dwadzieścia minut muszę wyjść.
— Chcę porozmawiać poważnie.
Zatrzymała się przy lustrze w przedpokoju i odwróciła do niego. Nie ze złością. Nie z irytacją. Po prostu spokojnie czekała.
— Wróć — wypuścił z siebie Tomasz. — Wróć do domu. To znaczy zwolnij się. Myliłem się. Potrzebuję żony. Kacper potrzebuje mamy blisko. Normalnie, po ludzku, tak jak wcześniej.
— Tak jak wcześniej, czyli jak? Kiedy nazywałeś mnie leniwą?
— Poniosło mnie. Przyznaję.
— Nie poniosło cię, Tomek. Ty tak myślałeś. I twój Jacek tak myślał. I cały wasz obiadowy klub skrzywdzonych mężów tak myślał.
— Skąd ty…
— Myślisz, że jestem głucha? Rozmawiasz z Jackiem przez telefon tak głośno, że przez ścianę słyszę każde słowo.
Tomasz poczerwieniał. Marta poprawiła bransoletkę i spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie wrócę. Pierwszy raz od dwóch lat czuję się dobrze. Zarabiam. Czuję, że znowu jestem sobą, a nie dodatkiem do kuchenki, pralki i dziecięcego łóżeczka. Ludzie mnie doceniają. Mówią mi „dziękuję”. Ty przez cały rok nie powiedziałeś tego ani razu.