— Dobrze — przełknął ciężko ślinę. — Rozumiem.
Marta skinęła głową i odwróciła się do drzwi. Tomasz patrzył za nią i czuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg. To „dobrze” było tym samym słowem, które powiedziała wtedy w kuchni. I znowu znaczyło: usłyszałam cię. Nic więcej.
Trzy dni później Tomasz wrócił do tematu. Tym razem ostrzej.
— Nie zamierzam tak żyć. Wracasz w nocy, pachniesz cudzą wodą kolońską, alkoholem, a potem kładziesz się obok mnie, jakby to było normalne.
— Pracuję za barem, Tomek. Ludzie zamawiają drinki. Ja je przygotowuję. Zapach wody kolońskiej to zapach sali, nie konkretnego mężczyzny.
— I mam w to wierzyć?
Marta powoli odwróciła się w jego stronę.
— Nie wierzysz mi?
— A jak mam wierzyć kobiecie, która do trzeciej w nocy obsługuje pijanych facetów?
Policzek był krótki i dźwięczny. Marta uderzyła go otwartą dłonią — raz, dokładnie, bez szerokiego zamachu. Głowa Tomasza odskoczyła w bok. Złapał się za twarz i znieruchomiał, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.
— Nie waż się. Nawet nie waż się tak myśleć — stała przed nim, a głos ani razu jej nie zadrżał. — Zniosłam, kiedy nazywałeś mnie leniwą. Zniosłam, kiedy odbierałeś wartość każdemu mojemu dniu z naszym synem. Zniosłam, kiedy porównywałeś mnie z cudzymi żonami. Ale oskarżać mnie o coś takiego? Nie. Na to ci nie pozwolę.
Tomasz milczał. Policzek palił. Chciał coś powiedzieć, lecz nie potrafił. Słowa utknęły gdzieś między urażoną dumą a wstydem.
— Idę na zmianę — Marta wzięła torbę. — Kacper zjadł, kaszka jest w lodówce. Pieluchy leżą na półce w łazience. Poradzisz sobie.
Drzwi zamknęły się za nią.
Tomasz stał w przedpokoju jeszcze kilka minut. Potem wyjął telefon i zadzwonił do Jacka.
— Jacek, ona mnie uderzyła.
— Co?!
— W twarz. Dłonią.
— No chyba nie pozwolisz babie…
— Zasłużyłem — powiedział cicho Tomasz i sam zdziwił się własnym słowom. — Powiedziałem jej podłość. Oskarżyłem ją, że puszcza się w pracy.
— I co teraz?
— Teraz rozumiem, że ją straciłem. I nie wiem, czy da się to jeszcze odwrócić.
Jacek przez chwilę milczał.
— Słuchaj, może powinieneś odejść? Na jakiś czas. Niech pomieszka sama, niech zobaczy, jak jest bez ciebie. Bez twojej pensji przecież nie da rady. A przy synu też jej pomagasz.
— Myślisz?
— Jestem pewien. Kobiety szybko przychodzą do rozumu, kiedy w domu brakuje faceta. Tydzień i sama poprosi, żebyś wrócił.
Tomasz myślał o tym przez dwa dni. Trzeciego zaczął pakować rzeczy.
Składał koszule do sportowej torby, kiedy Marta wróciła ze spaceru z Kacprem. Chłopiec siedział w wózku, zaróżowiony od wiatru, ze smoczkiem w buzi. Marta zobaczyła torbę i zatrzymała się w progu pokoju.
— Wychodzisz?
— Tak — Tomasz zapiął suwak. — Pomieszkam u Jacka.
— Dobrze.
— Znowu „dobrze”? Ty w ogóle coś czujesz?
— Czuję. Ale nie będę cię zatrzymywać. Jesteś dorosły.
— Jest ci wszystko jedno? — podniósł głos. — Odchodzę, a ty nawet nie reagujesz?
— Tomek, ty nie odchodzisz ode mnie. Ty uciekasz od sytuacji, którą sam stworzyłeś. Chciałeś, żebym pracowała — pracuję. Chciałeś, żebym zarabiała — zarabiam. Teraz nie podoba ci się, że sobie radzę? Że nie płaczę i nie błagam, żebyś został?
— Ja chcę normalnej rodziny!
— A ja chcę normalnego męża. Takiego, który nie poniża, nie odbiera wartości i nie ucieka, kiedy żona staje się silniejsza, niż jemu wygodnie.
Tomasz chwycił torbę.
— Beze mnie długo nie pociągniesz. Mieszkanie, rachunki, dziecko. Zobaczymy, co zaśpiewasz za tydzień.
Marta uśmiechnęła się ledwie zauważalnie, samymi kącikami ust.
— Tomek. To mieszkanie jest taty. Jest zapisane na niego. Zawsze było. Mieszkałeś tutaj, bo poprosiłam ojca.
Tomasz zastygł.
— Co?
— Mieszkanie należy do mojego taty. Przepisał je na siebie jeszcze przed naszym ślubem, kiedy dopiero byliśmy razem. Nie mówiłam ci, bo nie było powodu. Teraz powód się znalazł.
— Ty… specjalnie to ukrywałaś? Ustawiłaś mnie?
— Nie. Po prostu nigdy nie wykładałam przed tobą wszystkich kart. A ty nigdy nie pytałeś.
Stał z torbą w ręku, a cała jego pewność rozsypywała się jak stary tynk. Był przekonany, że wychodzi jako zwycięzca. Wyobrażał sobie, że Marta pobiegnie za nim, będzie dzwonić, płakać, prosić, żeby wrócił. A ona stała przed nim z rocznym synem na rękach i patrzyła spokojnie. Bez złości. Bez histerii. Z tym samym spokojem, który brał za obojętność, a który okazał się siłą.
— Kacper będzie tęsknił — powiedziała do jego pleców, kiedy ruszył w stronę drzwi. — Przychodź do niego, kiedy zechcesz. Jest twoim synem. Tego nikt nie zmienia.
Drzwi zamknęły się za Tomaszem.
Zszedł po schodach, wyszedł na podwórko i dopiero tam zauważył, że założył kurtkę na lewą stronę. Przewrócił ją, zapiął i wybrał numer Jacka.
— Jacek, mogę do ciebie?
— Przyjeżdżaj. Co, zadziałało?
— Nie. Mieszkanie jest jej ojca. Nawet nie pomogła mi spakować walizki.
Jacek długo milczał. W końcu powiedział:
— No… przyjedź. Ogarnie się.