Przez jedenaście lat wierzył, że ojciec nie żyje, aż mama otworzyła drzwi i kazała mu spojrzeć prawdzie w oczy

— To kryminalista! Zbiegły kryminalista! Aresztujcie go! Kuba, chodź do mnie!

— Babciu, wystarczy.

Policjant sprawdził dokumenty taty.

— Brak kartoteki?

— Brak. Pracowałem na Śląsku od czasu, gdy skończyłem szkołę.

— Przepraszam pana.

— Aresztujcie go! Zniszczył życie mojej córce!

— Mamo, dość.

Mama zamknęła drzwi.

Ojciec. Przez jedenaście lat go nie miał. Dlaczego teraz? Babcia zawsze mówiła, że był pijakiem i złodziejem, że zginął w bójce. Wstydliwa rodzinna tajemnica.

A to wszystko było kłamstwem.

Mama chyba wiedziała, co się stanie. Kuba porwał kurtkę i wybiegł.

Biegł, aż paliły go płuca, a łzy rozmazały mu świat. Komu miał teraz wierzyć?

— Ej, młody! — To był Jacek Wójcik. Kuba go zignorował.

— Zaczekaj! Kto cię goni?

Jacek złapał go za rękaw.

— Nikt. Odczep się.

— Przecież tu jest psi ziąb. Rozchorujesz się. Ja w zeszłym roku leżałem w szpitalu, najlepsze jedzenie w życiu. Ale ty? Ty jesteś za delikatny. Chodź, mieszkam blisko.

Kuba zawahał się.

— Mamy nie ma. Jeździ jako konduktorka. Jestem sam.

Mieszkanie było skromne, ale czyste. W pokoju Jacka wisiały plakaty Republiki, Maanamu i Perfectu. O łóżko opierała się gitara.

— Herbaty?

Kuba skinął głową. W tej samej chwili zaburczało mu w brzuchu.

— Głodny? Zrobić ci fasolkę po bretońsku z chlebem?

Jacek gotował, podśpiewując. Kuba nie pamiętał, żeby jadł coś lepszego.

Później, przy herbacie, Jacek brzdąkał na gitarze.

— Naprawdę dobrze grasz — przyznał Kuba.

— Dzięki. To Maanam. A to Perfect. Klasyka.

Kuba kojarzył tylko Republikę. Jacek grał dalej, gdy Kuba próbował śpiewać, i śmiał się, kiedy ten mylił słowa.

— Powinieneś wracać. Zaraz policja będzie cię szukać.

Uśmiech Kuby zgasł.

Jacek słuchał, kiedy Kuba wyrzucał z siebie wszystko.

— Nie bądź głupi. Tata to super sprawa. Mój zniknął. Mama mówi, że jest kosmonautą.

— Naprawdę?

— Nie. Ona tak żartuje. Wychowała mnie sama. Bez rodziny. Ale jest najlepsza. Pogadaj z nimi, dobra? Dorośli też robią głupoty.

Kuba nagle go przytulił.

Jacek miał rację.

Znaleźli go. Mama, babcia i tata wszystko wyjaśnili. Babcia nigdy nie akceptowała taty. Napisała do niego list, udając, że mama wyszła za kogoś innego. Tata uwierzył.

— Dlaczego? — spytał Kuba babcię.

— Chciałam szczęścia dla was obojga.

— A dla niego?

Babcia rozpłakała się.

— Wybacz mi.

Na urodziny Kuby przyszedł Jacek. Przyniósł plakat Republiki. Mama pozwoliła powiesić go nad łóżkiem.

Kuba wybaczył im wszystkim.

Dorosłe bzdury, powiedział wtedy Jacek.

Babcia wzięła Jacka pod swoje skrzydła. Karmiła go, pomagała z matematyką i pilnowała, żeby nie marzł.

Po latach nadal spotykają się nad morzem, grają na gitarach i jedzą fasolkę po bretońsku z chlebem jak królowie.

A tata? Kuba go kocha. Ma teraz przyrodnie rodzeństwo i wszyscy dobrze się dogadują. Ale między nim a ojcem jest coś, czego nie da się zerwać. Więź, której nie zniszczyło żadne kłamstwo.