„Urodziłaś córkę. Potrzebuję dziedzica” — powiedział i wyszedł. Po dwudziestu pięciu latach jego imperium runęło, a wykupiła je właśnie ta dziewczynka

Przeczytał ją raz, potem drugi, po czym odrzucił dokumenty tak gwałtownie, że rozsypały się po ogromnym gabinecie z ciemnego drewna.

— Kim oni są? — warknął do telefonu. — Skąd się wzięli?

Ochrona korporacyjna miotała się, prawnicy nie spali całą noc. Odpowiedź była prosta: niewielki, agresywny fundusz inwestycyjny z nienaganną opinią, kierowany przez niejaką Alicję Kowalską.

Nazwisko nic mu nie powiedziało.

Na radzie dyrektorów wybuchła panika. Cena była obraźliwie niska, ale realna. Innych ofert nie było. Banki odmawiały kredytów, partnerzy odwracali wzrok.

— To wrogie przejęcie! — krzyczał siwy zastępca Majewskiego. — Musimy walczyć!

Wiktor podniósł rękę i wszyscy zamilkli.

— Spotkam się z nią osobiście. Zobaczymy, co to za ptak.

Negocjacje wyznaczono w neutralnej sali na najwyższym piętrze banku, za szklanymi ścianami.

Alicja weszła dokładnie o czasie, ani sekundy wcześniej, ani później. Była spokojna, zebrana, w surowym garniturze ze spodniami. Obok usiadło dwóch prawników, nieruchomych jak roboty.

Wiktor Majewski siedział przy stole. Spodziewał się doświadczonej bizneswoman, bezczelnego młokosa albo podstawionej osoby. Nie jej.

Młoda, piękna, z dziwnie znajomym szarym odcieniem oczu.

— Wiktorze Andrzeju — powiedziała, podając mu rękę. Uścisk miała twardy i pewny. — Alicja Kowalska.

Próbował przebić lód jej zawodowego opanowania, ale nie drgnęła.

— Odważna propozycja, pani Alicjo — zaakcentował imię, próbując ustawić ją na miejscu. — Na co pani liczy?

— Na pańską rozsądną ocenę — odparła głosem tak równym, jak jego głos przed laty w sali poporodowej.

— Wie pan, że sytuacja spółki jest krytyczna. Nie oferujemy najwyższej ceny, ale oferujemy ją teraz. Za miesiąc nie będzie już tej możliwości.

Położyła na stole tablet. Liczby, wykresy, prognozy. Suche fakty. Każda cyfra była ciosem, każdy diagram gwoździem w wieko jego imperium.

— Skąd ma pani te dane? — w jego głosie zabrzmiała niepewność.

— Źródła to część mojej pracy — uśmiechnęła się. — Pański system bezpieczeństwa, jak wiele rzeczy w tej firmie, jest przestarzały. Zbudował pan twierdzę, ale zapomniał wymienić zamki.

Próbował naciskać: mówił o kontaktach, sugerował wpływy, żądał nazwisk inwestorów. Ona odbijała każdy atak chłodną pewnością.

— Pańskie kontakty są teraz zajęte tym, żeby nie stać obok pana. A siła przeciwko panu już działa. Nazywa się rynek. Nazwiska inwestorów pozna pan po podpisaniu dokumentów.

To była klęska. Wiktor Majewski, który ćwierć wieku budował imperium, siedział naprzeciw dziewczyny rozbierającej jego dzieło na części.

Wieczorem zadzwonił do szefa ochrony.

— Macie wiedzieć o niej wszystko. Gdzie się urodziła, gdzie studiowała, z kim sypia. Przewróćcie jej życie. Chcę wiedzieć, kto za nią stoi.

Szef ochrony przyszedł do gabinetu blady i położył przed nim cienką teczkę.

Majewski ją chwycił.

Alicja Kowalska. Data urodzenia: 12 kwietnia. Miejsce urodzenia: Szpital św. Rodziny w Warszawie. Matka: Anna Kowalska.

Niżej leżała kopia aktu urodzenia. W rubryce „ojciec” była kreska.

Wiktor patrzył na datę. 12 kwietnia. Pamiętał tamten dzień: deszcz, szary widok za oknem i słowa, które wtedy wypowiedział.

Podniósł oczy na pracownika.

— Kim jest jej matka?

— Niewiele znaleźliśmy. Miała małą pracownię krawiecką, potem manufakturę odzieżową. Sprzedała udziały kilka lat temu.

Majewski odchylił się w fotelu. Przed oczami stanęła mu młoda kobieta, zmęczona po porodzie. Twarz, którą wymazał z pamięci dwadzieścia pięć lat wcześniej.

Cały czas szukał siły stojącej za Alicją. Jakiej męskiej ręki, jakiego patrona prowadzącego tę „marionetkę”. A za nią stała nieznana kobieta — Anna Kowalska. I córka. Jego córka.

Nie poczuł skruchy. Poczuł zimną wściekłość. Przegrał jako biznesmen, ale mógł jeszcze spróbować wygrać jako ojciec. Tytuł, którego nigdy nie używał, nagle stał się jego ostatnim atutem.

Zadzwonił na jej prywatny numer zdobyty przez asystenta.

— Alicjo — powiedział bez wstępu, pierwszy raz nazywając ją po imieniu. Głos brzmiał inaczej: nie władczo, lecz miękko, niemal ciepło. — Musimy porozmawiać. Nie jak konkurenci. Jak ojciec i córka.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Nie mam ojca, panie Majewski — odpowiedziała. — Wszystkie sprawy biznesowe omówiliśmy. Moi prawnicy czekają na pańską decyzję.

— To nie tylko biznes. To rodzina. Nasza rodzina.

Zgodziła się.

Spotkali się w drogiej, prawie pustej restauracji. Przyszedł pierwszy i zamówił bukiet białych frezji, przekonany, że to ulubione kwiaty jej matki. Pamięć łagodnie podsunęła mu ten szczegół.

Alicja weszła, nie spojrzała na bukiet i usiadła naprzeciw.

— Słucham.

— Popełniłem błąd — zaczął. — Straszny błąd dwadzieścia pięć lat temu. Byłem młody, ambitny, głupi. Myślałem, że buduję dynastię, a niszczyłem jedyne, co miało prawdziwą wartość.

Mówił pięknie: o żalu, o utraconych latach, o tym, że podobno śledził jej sukcesy. Kłamstwo brzmiało gładko jak jego garnitur.